Dlaczego niektóre emocje trwają kilka minut, a inne potrafią zostać z nami przez wiele godzin? I czy możliwe, że zupełnie nieświadomie sami pomagamy im trwać?

Odpowiedź dobrze pokazuje jedna z najbardziej nietypowych metafor, jakie spotkałem podczas nauki psychoterapii.

Na początek ważne zastrzeżenie: autorką metafory opisanej w tym artykule jest moja mentorka, psycholożka i psychoterapeutka Maria Lipska-Korbasiewicz. To od niej ją poznałem i za jej sprawą zacząłem wykorzystywać ten sposób myślenia o emocjach w psychoedukacji.

Kontrowersyjna? Być może.

Ale zdecydowanie zapada w pamięć.

Dlaczego sama wiedza o emocjach czasem nie wystarcza?

Jednym z ważnych elementów terapii poznawczo-behawioralnej jest psychoedukacja. Możemy wyjaśniać, że emocje są naturalną reakcją organizmu, pełnią określone funkcje i pozostają związane z naszymi myślami, zachowaniami oraz reakcjami fizjologicznymi. Wszystko to jest prawdą. Tylko że można doskonale znać teorię, a jednocześnie w chwili silnego lęku myśleć: „Dlaczego ja nadal tak się czuję? Przecież próbuję się uspokoić, a to nie przechodzi” albo „Nie chcę już czuć tego lęku. Wiem, że nie powinienem się tym przejmować, ale nie potrafię przestać.”

I trudno się temu dziwić. Kiedy czujemy coś nieprzyjemnego, naturalnym odruchem jest chęć jak najszybszego pozbycia się tego stanu. Problem w tym, że emocje nie mają przycisku „wyłącz”. Możemy natomiast nauczyć się zauważać, co dzieje się od momentu pojawienia się emocji — i co sprawia, że czasami zostaje ona z nami znacznie dłużej, niż mogłaby. I tutaj dochodzimy do metafory:

Emocje są jak erekcja.

Tak. Dobrze przeczytałeś.

Wyobraźmy sobie dorosłego mężczyznę, u którego pod wpływem atrakcyjnego bodźca pojawia się pobudzenie seksualne. Nie musi tego planować. Organizm po prostu reaguje. Jeżeli następnie będzie dostarczał sobie kolejnych bodźców podtrzymujących pobudzenie, reakcja może się utrzymywać. Ale co stanie się, jeśli tych bodźców zabraknie? Powiedzmy, że wstanie i pójdzie zrobić sobie obiad lub kolację. Po pewnym czasie reakcja organizmu zacznie naturalnie wygasać.

I właśnie tutaj pojawia się podobieństwo do emocji.

Emocja jest reakcją, nie decyzją

Wyobraź sobie, że dostajesz wiadomość: „Musimy jutro porozmawiać.”

Czujesz napięcie. Serce zaczyna bić trochę szybciej. W głowie natychmiast pojawia się: „O co chodzi?”

Ta reakcja pojawiła się automatycznie. Nie podjąłeś przecież świadomej decyzji: „Dobrze, przez najbliższą godzinę będę się bał.” Ale to, co zrobisz później, może mieć ogromne znaczenie. Możesz przeczytać wiadomość jeszcze pięć razy. Przeanalizować każde słowo. Przypomnieć sobie wszystkie ostatnie rozmowy z tą osobą. W wyniku tego może pojawić się myśl: „Na pewno coś zrobiłem.” Po chwili: „Pewnie jest źle.” A zaraz potem: „Co ja teraz zrobię?”

Możesz napisać do trzech osób: „Jak myślisz, co ona miała na myśli?” Możesz sprawdzić, kiedy ostatnio była aktywna. Wrócić do poprzednich wiadomości. Przeanalizować ton ostatniej rozmowy.

Mija godzina. Lęk nadal jest silny. I łatwo wtedy pomyśleć: „Moje emocje po prostu nie odpuszczają.”

Tylko że być może lepsze pytanie brzmi: „Co robiłem przez tę godzinę z tym lękiem?” Bo może się okazać, że przez cały ten czas — zupełnie nieświadomie — dostarczałeś mu kolejnych powodów, żeby pozostał w gotowości.

Co może podtrzymywać emocje?

Nie istnieje jeden mechanizm odpowiedzialny za każdą trudną emocję. W zależności od sytuacji mogą ją jednak podtrzymywać między innymi:

  • ciągłe analizowanie,
  • zamartwianie się,
  • tworzenie kolejnych czarnych scenariuszy,
  • sprawdzanie,
  • szukanie zapewnienia u innych,
  • unikanie sytuacji,
  • nadmierne obserwowanie własnego ciała,
  • wracanie w myślach do tego samego wydarzenia.

Co ważne, większości z tych rzeczy nie robimy dlatego, że chcemy czuć się gorzej. Wręcz przeciwnie. Analizujemy, żeby znaleźć odpowiedź. Sprawdzamy, żeby się uspokoić. Pytamy innych, żeby uzyskać pewność. Unikamy, żeby zmniejszyć napięcie.

Problem polega na tym, że część tych strategii przynosi ulgę tylko na chwilę, a jednocześnie może wysyłać do naszego mózgu komunikat: „Ta sprawa nadal jest ważna. Nadal istnieje zagrożenie. Nadal musimy się tym zajmować.”

I reakcja trwa…

Nie chodzi o to, żeby przestać czuć

To bardzo ważne.

Wniosek z tej metafory nie brzmi: „Jak czujesz lęk, zajmij się czymś i przestań o nim myśleć.” Nie chodzi również o tłumienie emocji, ignorowanie ich czy udawanie, że wszystko jest w porządku.

Emocje są naturalną częścią naszego funkcjonowania i często niosą ważną informację. Możemy więc zauważyć: „Okej, teraz czuję lęk.” Możemy sprawdzić, co go uruchomiło. Możemy zastanowić się, czy sytuacja rzeczywiście wymaga od nas jakiegoś działania. Ale nie musimy jednocześnie przez kolejne dwie godziny analizować każdego możliwego scenariusza. Możemy czuć emocję i jednocześnie żyć dalej.

To właśnie ta różnica jest kluczowa.

„Ale ja nie potrafię przestać się martwić””

I właśnie dlatego rada „nie martw się” zazwyczaj działa mniej więcej tak dobrze, jak można się spodziewać. Nie chodzi o wydanie sobie polecenia: „Od teraz nie czuję lęku.”

Bardziej pomocne może być: „Lęk już tutaj jest. Nie muszę go na siłę usuwać. Mogę natomiast sprawdzić, czy nie dokładam do niego kolejnych bodźców.”

Czy naprawdę potrzebuję jeszcze raz przeanalizować tę rozmowę? Czy kolejne sprawdzenie objawu da mi jakąś nową informację? Czy zapytanie piątej osoby o zdanie rzeczywiście rozwiąże problem? Czy właśnie szukam rozwiązania — czy próbuję uzyskać stuprocentową pewność, której prawdopodobnie i tak nie dostanę?

Na samo pojawienie się emocji często mamy niewielki wpływ. Na to, co zrobimy później — znacznie większy.

Dlaczego lubię tę metaforę?

Bo jest absurdalnie prosta!

I właśnie dlatego trudno ją zapomnieć. Kiedy jesteśmy w silnych emocjach, raczej nie przypominamy sobie definicji z podręcznika psychologii. Jest natomiast spora szansa, że gdzieś z tyłu głowy pojawi się: „Emocje są jak erekcja.”

A zaraz za tym całkiem sensowne pytanie: „Czy pozwalam tej reakcji naturalnie wybrzmieć, czy właśnie dokładam kolejne bodźce, które ją podtrzymują?”

Nie zawsze sprawi to, że emocja natychmiast zniknie. I nie o to chodzi. Chodzi raczej o to, żeby nie prowadzić z nią kolejnej godzinnej walki, która paradoksalnie może dawać jej jeszcze więcej paliwa.

Czasami można zauważyć emocję, pozwolić jej być i wrócić do tego, co akurat robiliśmy. Nawet jeśli miałoby to oznaczać po prostu zrobienie sobie kolacji…


Metafora „emocje są jak erekcja” jest autorstwa Marii Lipskiej-Korbasiewicz, psycholożki, psychoterapeutki i mojej mentorki. W artykule przedstawiam własne rozumienie i rozwinięcie tej metafory w kontekście psychoedukacji oraz pracy z emocjami.

Tekst ma charakter psychoedukacyjny i nie zastępuje indywidualnej konsultacji psychologicznej ani psychoterapii.